Podczas swojej skitułaczki napotykamy się na ludzi z różnymi historiami swego życia, z większym lub mniejszym bagażem skidoświadczeń. Niektórzy z nich to zwykli szarzy lecz jakże poczciwi ludzie, a inni to prawdziwi wojownicy, skiwojownicy najwyższej rangi.
Ostatni z setek odbytych półtorejgodzinnych spacerów po górach nie zapowiadał się szczególnie. Brodząc po leśnych bezkresach niczym prawdziwi traperzy, szukając sensu swojego skiżycia, meandrując w ciszy pomiędzy wielkimi świerkami, mniejszymi sosnami oraz karłowatymi modrzewiami, spotkaliśmy pewnego osobnika, który zaprosił nas do ukrytej w dzikiej gęstwinie górskiego skilasu piwnicy. W pierwszej chwili, zdezorientowani jak wyrwana ze snu dzika zwierzyna, nie potrafiliśmy odnaleźć istoty owego zaproszenia lecz ku wielkiemu zaskoczeniu, towarzyszącemu potokowi łez skiwzruszenia oraz gęsiej skórce przeszywającej całe nasze atletycznie zbudowane ciała, zza tzw. winkla wyłonił sie on! Znany w całym skiświecie alpejczyk – Leszek Miller!!!
Rozmów nie było końca, lecz prezentujemy jednynie jedno zdjęcie. Reszta pozostanie w naszych sercach i wspomnieniach ….









Jak to dobrze, ze wtedy ten helikopter tak całkiem go nie zabił, bo tyle wzruszeń by nas ominęło.
Nieważna opcja polityczna, ważna wola walki mężczyzny, który dobrze kończy. Mam nadzieję, że pozdrowiliście od skifanów!